Hellblade: Senua's Sacrifice - recenzja

YouTube

Ninja Theory to ekipa, która ma na swoim koncie zaledwie kilka tytułów, ale niemal każdy z nich mocno zapada w pamięć.

Wynika to m.in. z faktu, że koncentruje się ona głównie na moim ulubionym gatunku, czyli grach akcji w perspektywie TPP, a do tego produkcje mają mocną podbudowę fabularną i to właśnie ciekawe historie je napędzają.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że Heavenly Sword, Enslaved: Odyssey to the West czy DmC: Devil May Cry często spotykały się z mieszanymi opiniami (szczególnie ta dwa ostatnie), ale nie da się ukryć, że były na swój sposób unikalne i producent nie szedł po linii najmniejszego oporu.

Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła Ninja Theory, bo chociaż mówimy o jednej z najmniejszych produkcji w dorobku studia, to jednocześnie jest ona najbardziej ambitna. I jeśli zastanawiacie się, co skłoniło mnie do postawienia takiej tezy, to po ograniu Hellblade: Senua's Sacrifice nie powinniście mieć wątpliwości. Pod względem podejmowanej tematyki i opowiadanej historii mamy bowiem do czynienia z jednym z najbardziej intrygujących doświadczeń ostatnich lat, które na stałe zapisać może się w historii tej branży.

 

Poza tym, Hellblade to gra, którą trudno jednoznacznie zdefiniować - twórcy określają swoje nowe dzieło jako tytuł "indie AAA" i rzeczywiście coś w tym jest. Pełnymi garściami czerpie ono z oryginalnych produkcji niezależnych, jakie w ostatnich latach ukazały się na rynku, ale określenie go symulatorem chodzenia byłoby wielce krzywdzące, ponieważ pod względem rozgrywki oraz jakości wykonania zdecydowanie bliżej tu do wielkobudżetowych produkcji od największych deweloperów i aż dziw bierze, że to wszystko tworzyła ekipa, której człon składał się z zaledwie 20 osób.

Czym więc tak naprawdę jest Hellblade: Senua's Sacrifice? Zastosowane mechaniki sugerują połączenie slashera TPP z grą logiczną stawiającą nacisk na zagadki środowiskowe, choć moim zdaniem trafniejszym określeniem byłby „symulator psychozy”, bo twórcy zdecydowali się sięgnąć po jeden z tematów tabu, a mianowicie choroby psychiczne.

Mamy więc do czynienia z bohaterką, tytułową Senuą, która cierpi na psychozę – oczywiście w historii gier widzieliśmy wiele przypadków, które miały nierówno pod sufitem, jak choćby Vaas Montenegro z Far Cry 3 z jego „definicją szaleństwa”, ale nie o takich obłąkańcach będzie mowa. Tym razem możemy przekonać się jak naprawdę wygląda choroba psychiczna i poczuć namiastkę tego, z czym zmagają się osoby nią dotknięte. W Hellblade jest ona bowiem czymś więcej niż tylko próbą usprawiedliwienia okrucieństwa czy pewnym zabiegiem gameplayowym umożliwiającym wprowadzenie do rozgrywki halucynacji, itp. Jak to możliwe?

Ano tak, że studio z Cambridge konsultowało się nie tylko z lekarzami i naukowcami badającymi psychozę, ale i osobami jej doświadczającymi, a następnie bardzo skrupulatnie analizowało i przekładało na język gry wszystko, czego udało im się dowiedzieć. I nie będę ukrywać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego, w jak dużym stopniu choroba bohaterki determinuje niemal każdy aspekt gry. Chodzi tu zarówno o warstwę wizualną, gdzie stosowane są przeróżne filtry zupełnie odmieniające klimat danej miejscówki, jak i samą rozgrywkę – od walki, aż po rozwiązywanie zagadek, do czego jeszcze wrócimy.

 

Nie możemy też nie wspomnieć o wyjątkowym świecie gry, który jest wręcz przesiąknięty mitologią nordycką. Senua to młoda celtycka kobieta z plemienia Piktów, której życie od początku determinowała choroba psychiczna, znacząco przybierająca na sile od czasu wymordowania jej ludu przez wikingów. Nie chcę zdradzać tu zbyt wiele, bo historia to jeden z mocniejszych punktów tej produkcji i lepiej odkryć ją samodzielnie, ale powiem jeszcze, że musicie szykować się na wzruszającą opowieść o miłości i poświęceniu.

W żadnym wypadku nie jest to jednak prosta i błaha historyjka i choć sposób jej przedstawiania jest momentami dość chaotyczny i trudny w odbiorze, co wynika z choroby bohaterki, systemu retrospekcji i wszechobecnej symboliki, to warto zadać sobie nieco trudu, by ją dokładnie poznać i zrozumieć. Co więcej, fani mitologii nordyckiej i serialu Wikingowie będą z pewnością zachwyceni możliwością poszerzenia swojej wiedzy w temacie, bo po całym świecie gry porozrzucano kamienie runicznie, które opowiadają nam różne ciekawe historie (to jedyna forma znjadziek tu obecna).

Wracając jednak do kwestii psychozy, jednym z jej głównych objawów są głosy słyszane przez chorych i twórcy dołożyli wszelkich starań, by oddać ten element jak najwierniej. Efekt końcowy jest piorunujący, szczególnie w pierwszych chwilach po włączeniu gry, kiedy jeszcze się do niego nie przyzwyczailiśmy. Czujemy się bowiem osaczeni i nijak jesteśmy w stanie wyrwać się z tego stanu, a do tego głosy często odbierają nam motywację do działania, co chwilę przypominając o tym, że z pewnością nam się nie uda, bo jesteśmy beznadziejni.

 

Polecam więc grę na dobrych słuchawkach potrafiących oddać przestrzenny dźwięk lub zestawie kina domowego, gdzie element ten robi jeszcze większe wrażenie, w większym stopniu różnicują kierunek padania, odległość czy natężenie głosu. Muszę przyznać, że czasem trudno wytrzymać, kiedy ktoś nieustannie wprost do ucha szepce nam, byśmy się już poddali lub też demonicznym głosem zachęca do porzucenia broni i oddania się ciemności (swoją drogą, my możemy w takim momencie odłożyć pada i wyłączyć grę, a chorzy nie mają takiej opcji … przerażające).

Z drugiej jednak strony, głosy pełnią też rolę pomocniczą i nie da się ukryć, że to całkiem nowatorskie rozwiązanie, jeśli chodzi o gry wideo. Te potrafią bowiem nie tylko podpowiadać nam, gdzie mamy się udać i co zrobić, ale i wspomagają nas w walce, podpowiadając kiedy zrobić unik przed ciosem lub ostrzegają przed przeciwnikiem za plecami, którego mogliśmy nie dostrzec. Ich ogromna rola wynika też po części z tego, że Hellblade cechuje się dużą surowością gameplayu - nie ma tu żadnego huda czy samouczka na początku gry, więc potrzebny był element, który w razie potrzeby poprowadzi nas trochę za rękę.

 

A jeśli jesteśmy już przy samej walce, to zgodnie z tym, co zapowiadał wcześniej deweloper, faktycznie nie odgrywa ona kluczowej roli, jak było to w poprzednich produkcjach Ninja Theory. Nie oznacza to jednak, że została potraktowana po macoszemu, ponieważ system został naprawdę dobrze zrealizowany i choć nieco brakuje mu głębi, to po pewnych poprawkach mógłby stanowić bazę dla naprawdę solidnego slashera. Poza tym, posiada więc opcji niż może się wydawać na pierwszy rzut oka, ale do wszystkiego musimy dojść sami metodą prób i błędów.

I tak, możemy tworzyć kombinacje złożone z mocnych i lekkich ciosów mieczem, wytrącać wrogów z równowagi kopniakiem, atakować z wyskoku, robić uniki, parować uderzenia (na pewnym etapie staje się to niezbędne) czy też spowalniać czas po naładowaniu odpowiedniego wskaźnika. Małym utrudnieniem jest fakt, że nie widzimy paska zdrowia naszej bohaterki, ale zadawane ciosy widać zarówno na niej, jak i na przeciwnikach, więc można się do tego przyzwyczaić.

Początkowo walki są też dość proste, bo atakuje nas jeden, maksymalnie dwóch przeciwników, ale z czasem robi się naprawdę tłoczno i musimy stawić czoła większym grupom silniejszych wrogów. I choć rodzajów oponentów jest zaledwie kilka, to na szczęście nie czujemy znudzenia, bo twórcy nie przesadzili z ilością starć, odpowiednio je nam dawkując. Na szczególne wyróżnienie zasługują też walki z bossami, których jest wprawdzie jak na lekarstwo, ale stanowią ciekawe urozmaicenie, a starcie z jednym z nich to po prostu designerski majstersztyk – bo kiedy ostatni raz mieliście okazję zmierzyć się z bossem w ciemności?

 

Zdecydowanie więcej czasu niż na walce spędzimy jednak rozwiązując łatwiejsze i trudniejsze łamigłówki logiczne – niestety zaledwie kilka typów i przyznam szczerze, że twórcy mogli się tu pokusić o większą różnorodność. Tym bardziej, że większość z nich opiera się na jednym patencie, czyli odnajdowaniu w przyrodzie elementów przypominających kształtem konkretne runy. Ten jest ewidentnie nadużywany, chociaż trzeba zaznaczyć, że często wymaga to od nas wręcz sokolego oka i jako kolejny ma swoje podłoże w chorobie bohaterki (pacjenci często opowiadają o tym, że widzą wokół fluorescencyjne elementy, które mają dla nich jakieś symboliczne znaczenie).

Nie zabrakło też zabaw z perspektywą, np. w postaci składania rozbitego mostu poprzez patrzenie na jego fragmenty pod odpowiednim kątem i z odpowiedniej strony czy czasem, tj. przechodzenia przez specjalne „portale” w celu dostania się do alternatywnej rzeczywistości. Same zagadki nie należą do najtrudniejszych, ale dobrze testują naszą spostrzegawczość i umiejętność kombinowania, a do tego są jednym z klasycznych objawów psychozy, czyli urojeniami.

I jeśli mam się już czepiać jakichś elementów rozgrywki, to muszę wspomnieć, że wachlarz naszych możliwości jest dość ubogi, a do tego twórcy wykazali się pewną niekonsekwencją. I tak, bohaterka potrafi sama wykonywać takie ruchy, jak przeskakiwanie przez przeszkody, ale jeśli chcemy zeskoczyć na dół, np. z muru czy dachu, musimy wcisnąć odpowiedni przycisk (sytuację odwrotną można byłoby jeszcze zrozumieć) – i gdzie tu logika?

 

Na koniec skupimy się jeszcze na kwestiach audio-wizualnych, które stanowią niewątpliwie jeden z mocniejszych punktów tej produkcji. Grafika w Hellblade robi naprawdę duże wrażenie i to zarówno na poziomie artystycznym, jak i technicznym. Urzeka przede wszystkim swoimi surowymi krajobrazami połączonymi z onirycznymi wizjami naszej bohaterki, które często nabierają przez to nieco abstrakcyjnego charakteru. Widoki wybrzeża czy leśnych ostępów - a szczególnie w końcowych etapach, których nie chcę Wam zdradzać – potrafią przyprawić o zachwyt, ale co równie ważne zostały bardzo dobrze zrealizowane z technicznego punktu widzenia.

Szczególnie dobrze wyglądają tu roślinność, futra, gra światłem oraz oczywiście sama Senua, która jest przy okazji świetnie animowana - w grze występuje dużo cut-scenek, w czasie których bohaterka zwraca się wprost do kamery i wtedy możemy podziwiać dobrze zrealizowany motion capture, głównie mimikę twarzy. Warto też wspomnieć, że w przypadku PS4 Pro możemy włączyć tryb 60 kl./s. Całości dopełniają zaś świetna muzyka w nordyckim klimacie oraz profesjonalny dubbing – ot, wszystko zagrało tak jak potrzeba.

Podsumowując, chociaż Hellblade: Senua's Sacrifice to jednorazowa przyjemność, która zapewni nam zaledwie 8-10 godzin zabawy, to naprawdę warto zagrać w ten tytuł. Ba, uważam nawet, że to jedna z lepszych tegorocznych produkcji, a przynajmniej najbardziej oryginalnych, bo wyjątkowość tej gry widoczna jest niemal na każdym kroku. Oczywiście zdaję sobie sprawę z wad nowej gry Ninja Theory, które tyczą się głównie mało urozmaiconego gameplayu, ale czas gry sprawia, że nie odczuwamy z tego tytułu zmęczenia i znudzenia, a adekwatna do otrzymywanej zawartości jest też cena. Tym bardziej, że najważniejsza jest tu historia i sposób opowiadania o chorobie naszej bohaterki, które są tak niespotykane, że jestem w stanie dużo deweloperowi wybaczyć. Jeśli więc macie ochotę na nieco „trudniejszą i ambitniejszą” rozrywkę, to zdecydowanie polecam.

 

 

Autor: Karolina Majchrzak

archiwum newsów

2017-08-26

Podobał ci się ten tekst?

Średnia: 1

Komentarze:

Brak komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Zarejestruj się jeśli nie masz jeszcze konta.