Mass Effect: Andromeda - recenzja

BioWare

Aż pięć lat musieliśmy czekać na kolejną odsłonę serii Mass Effect, która jest moim zdaniem jedną z najlepszych w dorobku BioWare.

Ostatnia produkcja kanadyjskiego studia, czyli Dragon Age: Inkwizycja, spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony recenzentów, ale ostatecznie musiała uznać wyższość naszego Wiedźmina, który na nowo ustanowił kanony gatunku.

BioWare zapewniło jednak, że wyciągnęło stosowne wnioski, przy okazji inspirując się dziełem CD Projekt RED i nie musimy obawiać się, że ponownie popełni te same błędy.

 Wygląda jednak na to, że chyba nie do końca się zrozumieliśmy, bo Andromeda idzie dokładnie tą samą ścieżką, co Inkwizycja, a miejscami wypada nawet gorzej. Nie oznacza to oczywiście, że z góry trzeba skazać ją na porażkę, ale oczekiwań graczy z pewnością nie udało się spełnić. Poprzeczka zawieszona była tu wprawdzie bardzo wysoka, ale mówimy przecież o serii Mass Effect i jednym z najbardziej uznanych deweloperów na świecie.

mass_effect_andromeda_20170324160252

Zacznijmy od warstwy fabularnej, bo chociaż łatwo o tym zapomnieć, mamy do czynienia z grą RPG, która dobrą historię mieć musi i kropka. BioWare postawiło tu na zupełnie nowe otwarcie, dlatego też w tytule gry nie uświadczymy numeru „cztery” i nie da się ukryć, że marketingowego punktu widzenia zabieg ten jest całkiem skuteczny. Za sprawą wielu znajomych elementów fani „starej” trylogii i tak poczują się tu jak w domu, a nowi gracze śmielej będą sięgać po grę wiedząc, że świetnie odnajdą się w historii, nawet nie znając losów Sheparda.

Akcja gry tak rozgrywa się tak naprawdę pomiędzy drugą i trzecią częścią oryginalnej trylogii, kiedy to mieszkańcy Drogi Mlecznej, przewidując złowieszczy koniec własnej galaktyki, tworzą Inicjatywę Andromeda. Jej celem jest dotarcie do zupełnie nowej galaktyki, tytułowej Andromedy i jej kolonizacja, by „ludzkość” (ludzie, a także inne przyjazne im rasy) miała jakiś plan awaryjny. Każda z ras biorących udział w misji wysłała swoją Arkę i swojego Pioniera, którego celem jest przygotowanie gruntu dla swojej rasy – jak łatwo się domyślić to właśnie my, chociaż dopiero po kilku „przejściach”, ale więcej Wam zdradzić nie mogę (do wyboru mamy jedno z rodzeństwa Ryderów, Scotta lub Sarah). Tak czy inaczej, na miejscu okazuje się, że plan Inicjatywy Andromeda nijak ma się do rzeczywistości i wszystko, co tylko mogło, poszło nie tak. Zamiast spokojnie kolonizować nową galaktykę, musimy więc zmierzyć się z wrogo nastawioną rasę kettów, a do tego warunki panujące na nowych planetach nie są wcale tak idealne na jakie się zapowiadały.

mass_effect_andromeda_20170327130738

I warto od razu zaznaczyć, że pomysł nie jest może wybitnie oryginalny, ale daje twórcom mnóstwo możliwości do przedstawienia ciekawych postaci i historii, czyli stworzenia kolejnej epickiej opowieści w uznanym i lubianym uniwersum. Tyle tylko, że potencjału kompletnie nie udało się wykorzystać i otrzymaliśmy jeszcze jedną odtwórczą produkcję bazującą na oklepanych schematach. I nasz bohater, „wielki” Pionier, zamiast zajmować się kwestiami naprawdę wielkiej wagi, które zapewnią przetrwanie ludzkości Drogi Mlecznej w nowym świecie, robi za chłopca na posyłki.

Co gorsze, to nie jedyny aspekt, w którym Andromeda wypada gorzej od poprzedników i naprawdę nie wiem, czym tłumaczyć ten regres. Mówię tu m.in. o dialogach, które stanowiły zawsze mocny punkt gier BioWare – w tym wypadku regularnie trafiamy na sztuczne i wymuszone konwersacje, które kompletnie nic nie wnoszą i można odnieść wrażenie, że scenarzyści próbowali w ten sposób wyrobić wierszówkę.

Nie pomaga również nasz główny bohater, w moim przypadku postać męska, który jest kreowany na etatowego wesołka i łowcę przygód w stylu Nathana Drake’a, chociaż okoliczności zupełnie temu nie sprzyjają. Mówiąc wprost, nigdy nie sądziłem, że zatęsknię za sztywnym Shepardem, ale tak się właśnie stało. Poza tym, zabrakło również jakiegoś bardziej wyrazistego oponenta, bo Archont, czyli złowrogi przywódca kettów, nie najlepiej spisuje się w tej roli, ale do tego akurat kosmiczna seria zdążyła nas już przyzwyczaić.

mass_effect_andromeda_20170402120720

Najboleśniej odczułem jednak brak drużyny, która zawsze stanowiła mocny punkt Mass Effecta. Oczywiście w Andromedzie wciąż mamy kompanów, ale nie dosyć, że jest ich mniej, to jeszcze dużo im brakuje do tych z trylogii. Z łezką w oku wspominam takie postaci, jak Garrus, Thane, Talia, Wrex czy Jack, które wyróżniały się ciekawą osobowością, a do tego oferowały tzw. misje lojalnościowe, dzięki czemu mogliśmy poznać ich historie. W tym przypadku wyróżniają się jedynie Peebee, czyli nadpobudliwa archeolog rasy Asari oraz tysiącletni Kroganin imieniem Drack – ciekawie zapowiadała się również Vetra, ale po 15 minutach grania twórcy zawalili sprawę. Co prawda i tym razem przygotowano dla nich specjalne misje, ale te nie stanowią już "truskawki na torcie", jak to ostatnio ujął Tomasz Hajto :)

Kończąc temat fabuły przyczepić muszę się jeszcze jej liniowej realizacji - seria Mass Effect słynęła dotąd z podejmowania wyborów, które mają poważne konsekwencje, ale w nowej odsłonie jest ich jak na lekarstwo, a poza tym nie są już tak istotne, co stanowi spory zawód. Nie zrozumcie mnie jednak źle, to nie jest wcale tak słaby scenariusz, po prostu zupełnie nie spełnia oczekiwań graczy, które przez lata urosły do ogromnych rozmiarów i Kanadyjczykom nie udało się im sprostać. Na dowód mały przykład – w międzyczasie pojawia się wątek tajemniczej rasy, która zamieszkiwała Andromedę na długo przed naszym przybyciem, a chęć rozwikłania tej zagadki sprawia, że pomimo licznych przeszkód posuwamy akcję do przodu. 

mass_effect_andromeda_20170331123749

Pod względem struktury Andromeda idzie ścieżką wydeptaną przez Inkwizycję, zapewniając nam nie do końca otwarty świat, czyli kilka naprawdę obszernych miejscówek. Wizja podboju nowej galaktyki ogranicza się zatem do zwiedzania 7 planet (na szczęście różnorodnych), gdzie poznamy zaledwie 2 nowe rasy – oprócz wrogo nastawionych kettów, mamy jeszcze nieco bardziej pokojowych angarów.

Szkoda tylko, że BioWare podążając za modą na sandboksy nie potrafiło wypełnić dostępnych światów interesującą zawartości. I zamiast postawić na ciekawe zadania w stylu Wiedźmina, gdzie nawet małe poboczne misje wykonywało się z przyjemnością, studio zrobiło z nas kuriera wykonującego masę zadań w stylu MMO, czyli „idź i zeksanuj 3 sondy”, „rozstaw młoty pneumatyczne” czy „zbierz szczątki wraków”. Od czasu do czasu trafi się jednak jakaś perełka, jak np. wspomniana misja z młotami, która kończy się niespodziewaną i emocjonującą walką z bossem, ale to niestety prawdziwa rzadkość.

Główne misje wypadają na tym tle nieco lepiej, a końcówka jest już naprawdę ciekawa i jeśli skupicie się tylko na głównym wątku, czego nikt nie będzie się czepiał, możecie ukończyć Anromedę w niecałe 20 godzin. Jeżeli jednak pomimo kłód rzucanych pod nogi zdecydujecie się wykonać wszystkie misje, to wynik ten można nawet potroić, ale to naprawdę wyzwanie dla największych twardzieli :)

mass_effect_andromeda_20170330134948

Na szczęście nowy Mass Effect ma też jaśniejsze punkty, a raczej jeden zasadniczy i jakże istotny, a mowa o systemie walki. Ten w dużej mierze bazuje na rozwiązaniach wypracowanych przy okazji poprzednich odsłon, które wzbogacono o kilka nowych bajerów, jak odrzutowy plecak, dzięki któremu możemy wykonywać dalekie skoki czy uniki. Ten w połączeniu z agresywnymi przeciwnikami, których najczęściej jest dużo więcej niż nas i możliwością niszczenia części osłon, sprawia, że potyczki są bardziej dynamiczne i zmuszają nas do pozostawania w ciągłym ruchu. Zapomnijcie więc o czekaniu w ukryciu za murkiem i konsekwentnym eliminowaniu wrogów, bo taka strategia nie ma tym razem najmniejszych szans powodzenia.

mass_effect_andromeda_20170401174117

Wymusiło to jednak na twórcach uproszczenie zarządzania drużyną (2 kompanów), której możemy jedynie wskazać miejsce lub cel ataku. Na szczęście ich SI nie zawodzi i przeważnie bardzo dobrze radzą sobie na polu bitwy, zamiast pełnić rolę statystów. Mam tu jednak jedną małą uwagę, a mianowicie kompletnie nie podoba mi się system automatycznego chowania się za osłonami – nigdy nie mamy bowiem pewności, czy jesteśmy już bezpiecznie schowani, czy też przeciwnik wciąż może nas trafić, a do tego nasz bohater nie zawsze kuca tam, gdzie byśmy sobie tego życzyli.

Jak na RPG przystało, na walkę wpływa również rozwój naszej postaci, który odbywa się tu na kilku płaszczyznach. Pochwalić trzeba przede wszystkim brak przywiązania do klas, bo chociaż umiejętności podzielono na 3 główne kategorie (walka, biotyka, technologia ), to mamy zupełną dowolność kształtowania naszego bohatera. Co więcej, możemy wybrać jeden z dostępnych profili, który zapewni nam dodatkowe bonusy na polu walki, np. szturmowiec gwarantuje nam przywracanie tarczy po wykonaniu ataku wręcz.

mass_effect_andromeda_20170401111954

Warto też wspomnieć, że ten dobrze skonstruowany system walki stał się podstawą naprawdę solidnego multiplayera. W gruncie rzeczy został on praktycznie żywcem przeniesiony z trzeciej odsłony i podobnie jak ostatnio bazuje na popularnej wśród graczy Hordzie, czyli odpieraniu kolejnych fal przeciwników. Tak czy inaczej, gra się w to naprawdę przyjemnie, głównie za sprawą zaawansowanych opcji personalizacji, więc jeśli będziecie chcieli na chwilę odetchnąć od kampanii, to polecam. Nie da się jednak ukryć, że lepiej byłoby, gdyby twórcy w ogóle zrezygnowali z kampanii wieloosobowej i poświęcili ten czas na dopracowanie singla.

Niestety po chwili słodyczy wracamy do czepiania się, bo położono tu nawet tak podstawowy element jak interfejs użytkownika. Ten jest po prostu przeładowany, niewygodny w nawigacji, a poszczególne elementy, np. misje, posortowane są w nieintuicyjny sposób. Co więcej, zupełnie nie przypadły mi do gustu sekcje platformowe, gdzie za pomocą jetpacka skaczemy po wąskich filarach, a wszystko przez mało responsywne sterowanie i postać opieszale wykonującą nasze polecenia. Podobny problem mam zresztą z pojazdem, który powrócił do serii, bo wbrew pozorom prowadzenie Nomada nie sprawia zbytniej frajdy – osobiście sięgałem po niego tylko w momencie, kiedy trzeba było pokonać duże odległości. 

Na dobra, ale jeśli wydaje się Wam, że to już koniec wpadek BioWare, to zaraz Wam udowodnię jak bardzo się mylicie, bo na koniec zostawiłem sobie jeszcze deser. Chodzi oczywiście o kwestie techniczne, ponieważ poziom niedopracowania oraz ilość bugów, jakie gnębią ten tytuł, wołają o pomstę do nieba. Zacznijmy od bardzo oryginalnych animacji i mimiki twarzy postaci (głównie naszego bohatera i ludzkich NPCów) – początkowo rozbiegane oczy i dziwne tiki mogą wydawać się nawet zabawne, ale kiedy uświadomimy sobie, że towarzyszyć będą nam przez kilkadziesiąt najbliższych godzin, przestaje nam być do śmiechu. Nie będę dłużej się nad tym rozwodził, bo z pewnością słyszeliście już o fali krytyki, jaka wylała się za to na twórców, a poza tym … sami się o tym przekonacie.

mass_effect_andromeda_20170326180845

Musicie być również przygotowani na dialogi z plecami napotkanych postaci, przenikanie obiektów (ludzie po kostki zatopieni w podłożu), bohaterów pijących z butelki bez zdejmowania kasku, drgawki w stylu techno-Wikinga przy konsoli sterowania, migoczące i doczytujące się tekstury  czy dorysowywanie się obiektów dosłownie przed nosem. Do tego wszystkiego Andromeda nie prezentuje się najlepiej, a nie pomagają jej też rozmyte tekstury czy spadki płynności (wersja PS4), chociaż czasami nadrabia designem, roztaczając przed nami zapierające dech w piersiach kosmiczne widoki. I chciałbym napisać, że nieco nadrabia udźwiękowienie, ale niestety nie mogę, bo muzyka nie wybija się ponad przeciętność (a szkoda, bo seria zawsze słynęła z mocnej ścieżki dźwiękowej), a dubbing jest przyzwoity.

Podsumowując, po przeczytaniu tej recenzji zapewne wydaje się Wam, że Mass Effect Andromeda to jakiś koszmar, którego lepiej unikać, ale nie do końca tak jest. Gra BioWare to wciąż solidne RPG, które pomimo wielu wad potrafiło przekonać mnie do siebie na tyle, że bez zbędnego marudzenia spędziłem z nim wiele godzin. Trzeba jednak pamiętać, że na najnowszą odsłonę czekaliśmy bardzo długo, a nasz apetyt był tym większy, że deweloper zapowiadał nam największą i najambitniejszą grę z serii Mass Effect. Zderzenie tego napompowanego balonika z „powiedźmińską” rzeczywistością okazało się więc bardzo bolesne i zamiast konkurować o tytuł najlepszej gry roku, Andromeda będzie rozpatrywana raczej jako rozczarowanie i podzieli tym samym los ubiegłorocznej Mafii III. Co prawda twórcy obiecują poprawki i patche, ale to trochę musztarda po obiedzie, szczególnie że niektórych problemów trapiących grę, jak np. liniowy scenariusz, nie da się w żaden sposób załatać. Mówiąc krótko, nie takiego Mass Effecta oczekiwaliśmy na nowej generacji … tu każdą ocenę poniżej „9” traktować trzeba jak zawód.   

 

Nasza ocena: 7/10

+ intrygujący świat kryjący tajemnicę do odkrycia

+ dynamiczna i emocjonująca walka

+ solidny multiplayer

+ rozwój bohatera daje dużo swobody

+ mocna końcówka

 

- tona błędów technicznych (animacje, tekstury, bugi, itd.)

- towarzysze zawodzą ...

- ... podobnie jak dialogi

- brak znaczących wyborów moralnych

- bezpłciowa muzyka

- spodziewaliśmy się czegoś znacznie lepszego

 

Autor: Daniel Górecki

archiwum newsów

2017-04-12

Podobał ci się ten tekst?

Średnia: 0

Komentarze:

Brak komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Zarejestruj się jeśli nie masz jeszcze konta.