Resident Evil 7: Biohazard - recenzja

capcom.co.jp

Nigdy nie ukrywałem, że boję się grać w horrory - nie jest to więc mój ulubiony gatunek i sięgam po niego tylko w przypadku najciekawszych produkcji oraz z recenzenckiego obowiązku.

W przypadku Resident Evil 7 zadziałały oba te czynniki, przez co przez ostatnie kilka dni musiałem ...

... zasypiać przy zapalonym świetle i ze słuchawkami na uszach, ponieważ dźwięki, które jeszcze do niedawna wydawały mi się naturalnymi odgłosami mieszkania, nagle zaczęły wzbudzać niepokój.

Mówiąc krótko, biorąc pod uwagę założenia tego gatunku, Capcom osiągnął zamierzony cel i najnowsza część kultowej serii jest survival-horrorem nie tylko z nazwy.

Całe szczęście, bo japońska firma mocno nadwątliła mocną swego czasu markę Resident Evil i chociaż czwarta część była swoistym przełomem i uznawana jest za bardzo dobrą grę, która rozpowszechniła kilka standardów w grach akcji (choćby widok znad ramienia w trakcie celowania), to jednak mocno odeszła od swoich korzeni, a kolejne odsłony praktycznie całkowicie postawiły na akcję zamiast straszenia. Co prawda nawet oryginalna trylogia podchodziła do tematu horroru zupełnie odmienne niż np. Silent Hill, ale mimo wszystko potrafiła podnieść ciśnienie, co rzadko udawało się „piątce” i „szóstce”.

resident_evil_7_biohazard_20170131165220_01

Capcom stanął więc przed trudną decyzją, efektem której jest całkowicie odmienione oblicze serii - jak łatwo można się domyślić, nie wszystkim się to spodobało i na firmę spłynęła fala krytyki choćby za takie elementy, jak zmiana widoku TPP na FPP czy brak zombie. Ale czy to faktycznie koniec świata? Postanowiłem przekonać się o tym na własnej skórze, o czym zaraz Wam opowiem.

Zacznijmy od tego, że aby zagrać w Resident Evil 7 i czerpać przyjemność z gry (o ile macie w sobie nieco z masochisty) nie musimy znać poprzednich odsłon. I w sumie to dziwię się, że Capcom nie zrezygnował z numerka w tytule, zaznaczając w ten sposób nowe otwarcie, bo obecna „7” może zniechęcać część graczy.

Tak czy inaczej, fabuła jest dość prosta i niezbyt oryginalna, ponieważ wcielamy się w niejakiego Ethana Wintersa, który niespodziewanie otrzymuje wiadomość od swojej żony. Co w tym dziwnego? A choćby fakt, że ta zaginęła 3 lata wcześniej i praktycznie wszyscy pogodzili się z tym, że nie żyje. Mia informuje nas, że znajduje się w domu Bakerów w Dulvey, w stanie Luizjana, ale jednocześnie prosi byśmy trzymali się z dala od tego miejsca. Co robi nasz bohater? Oczywiście spieszy na ratunek żonie … sam jak przystało na logikę stosowaną w horrorach. Gdy docieramy na miejsce, dom zdaje się być opuszczony, ale szybko możemy wyczuć, że coś tu nie gra, a Ethan przekonuje się, że samotna wyprawa ratunkowa nie była najlepszym pomysłem.

resident_evil_7_biohazard_20170131165252_01

Jak już wspomniałem, historia w RE 7 nie jest wybitnie odkrywcza i tego typu schematy widzieliśmy już w grach (Silent Hill 2) czy literaturze („Nie mów nikomu” Harlana Cobena), ale trzeba przyznać, że Richard Pearsey, który odpowiada za scenariusz tego tytułu, spisał się naprawdę dobrze. Jego opowieść przykuwa naszą uwagę i kolejne warstwy odsłanianej tajemnicy sprawiają, że chcemy poznać jej zakończenie, a kilka zwrotów akcji potrafi naprawdę naskoczyć. Poza tym, po iście japońskich dziwactwach, jakie seria fundowała nam w ostatnich latach, tak przyziemna „rodzinna historia” wydaje się być powiewem świeżego powietrza. Przygotujcie się więc na mocny spektakl z szaloną rodzinką Bakerów w roli głównej, który miejscami nasuwa skojarzenia z takimi filmami, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Droga bez powrotu”. I trzeba przyznać, że ten brudny i brutalny klimat gore sprawdza się w przypadku nowego Residenta naprawdę wyśmienicie.

Zanim jednak przejdziemy dalej, warto wyjaśnić pewną kwestię - wiele osób, w tym ja, uważało, że RE 7 będzie takim mniejszym budżetowym Residentem, w stylu niezależnych horrorów, jakie w ostatnim czasie są popularne na rynku (jak np. Outlast Amnesia: Mroczny obłęd czy Daylight). Taki scenariusz zdawały się potwierdzać również wypuszczone wcześniej demo oraz wsparcie dla gogli PlayStation VR, ponieważ gry na headsety wirtualnej rzeczywistości wciąż kojarzą się z mniejszymi produkcjami na kilka godzin. Tymczasem okazuje się, że takie kategoryzowanie RE 7 jest dla gry mocno krzywdzące, ponieważ Capcom dostarczył nam pełnoprawną odsłonę serii, a nie jakiś budżetowy spin-off.

resident_evil_7_biohazard_20170124204803_01

Demo sugerowało także, że nowy Resident będzie mocno inspirowany PT, czyli nieodżałowanym grywalnym zwiastunem Silent Hills, które zostało skasowane przez Konami. Co prawda widać tu dość oczywiste inspiracje horrorami ostatnich lat, które stawiają raczej na widok z pierwszej osoby i chowanie /uciekanie przed przeciwnikami niż otwartą walkę, ale twórcom udało się nadać tej produkcji własnego, typowo „residentowego” charakteru. Tym samym nasza obecność w domu Bakerów nie będzie ograniczać się jedynie do zwiedzania i chowania się przed przeciwnikami, ponieważ twórcy przygotowali dla nas nieco zagadek i łamigłówek do rozwiązania (te nie są wybitnie skomplikowane), a przyjdzie nam także powalczyć. Oprócz „domowników” na naszej drodze spotkamy bowiem przedziwne kreatury z czarnej mazi, które nie należą do najbystrzejszych, ale nadrabiają wytrzymałością, a później także liczebnością.

Wisienką na torcie są jednak bliższe spotkania z członkami szalonej rodziny, którzy robią tu za bossów. Capcom postarał się, by każde takie starcie mocno zapadało nam w pamięć i było zróżnicowane, co udało się osiągnąć bez pudła. Rodzinka jest naprawdę przerażająca i przeważnie nie działają na nią konwencjonalne argumenty siły, więc musimy kombinować, bawiąc się w kotka i myszkę, rozbrajając pułapki (motyw jak z The Evil Within) czy też znajdując odpowiedni sposób na ich pokonanie/przechytrzenie. Ten nie jest zawsze taki oczywisty, szczególnie że nasze zdolności racjonalnego myślenia są nieco ograniczone przez nieustannie towarzyszący nam stres i podniesione ciśnienie. Twórcom należą się więc spore pochwały za zaprojektowanie tych pojedynków, które stanowią jedną z głównych zalet „siódemki”.

resident_evil_7_biohazard_20170131165030_01

A jeśli już przy walce jesteśmy, to trzeba wspomnieć, że Ethan jest zwykłym facetem, a nie żadnym komandosem czy agentem służb specjalnych, więc nie jest tak sprawny w posługiwaniu się bronią jak jego poprzednicy. Oznacza to, że celowanie nie idzie mu tak sprawnie, ręka nieco drży i pomimo że oponenci wydają się powolni, to jednak nie tak łatwo trafić ich w konkretny punkt (przeważnie głowę). Dlatego tak istotne jest tu zarządzanie ekwipunkiem, ponieważ nie dosyć, że miejsce mamy mocno ograniczone, to jeszcze ciągle brakować będzie nam amunicji czy apteczek. Szczególnie jeżeli nie będziemy bardzo uważnie przeczesywać każdej miejscówki, na co nie zawsze mamy ochotę słysząc kroki przeciwnika, który szuka nas po swojej posiadłości. RE 7 stał się więc survival-horrorem w pełnym tego słowa znaczeniu, bo przetrwanie staje się nadrzędnym celem naszego bohatera.

Warto też dodać, że miejscówka znana z dema to tylko niewielki skrawek rezydencji Bakerów i wbrew pozorom posiadłość jest naprawdę sporych rozmiarów, a każda jej część wyraźnie różni się stylem od poprzedniej (w dużej mierze zdeterminowane jest to przez jej „gospodarzy”) - zwiedzimy tu np. główną rezydencję, domek nad jeziorem czy podziemia.  Tym samym nie możemy narzekać na brak różnorodności, a urzeka też bardzo dobry design poszczególnych lokacji, które są czymś na kształt mini labiryntów. Sposób w jaki poszczególne pomieszczenia zazębiają się ze sobą za pomocą kolejno odblokowywanych skrótów przypomina poziomy z serii Dark Souls, tyle że w mniejszej skali.

resident_evil_7_biohazard_20170124211054_01

Pomimo diametralnej przebudowy, producent nie zapomniał całkowicie o starych fanach serii Resident Evil i to właśnie z myślą o nich wprowadzono kilka charakterystycznych elementów. Mówię tu o systemie zarządzania ekwipunkiem, łączeniu poszczególnych elementów, zażywaniu ziół leczniczych czy zapisywaniu gry w pomieszczeniach z magnetofonami , gdzie znajdziemy także specjalną skrzynię do przechowywania nadmiaru przedmiotów (ta magicznie przenosi nasz dobytek do innych tego typu skrzyń). Poza tym, nie zabrakło również typowego dla cyklu arsenału z kultowym Magnum na czele.

Tym, co najbardziej kojarzyło mi się z klasycznymi odsłonami Resident Evil, było jednak poczucie ciągłego zagrożenia i niepokój jaki towarzyszy nam w ciągu gry. Taka atmosfera sprawia, że nigdy nie czujemy się zbyt pewni siebie, nawet posiadając całkiem niezły arsenał w swoim ekwipunku (swoją drogą twórcy potrafią tak namieszać, byśmy nigdy nie byli zbyt mocni). Do tego dochodzą obowiązkowe jump scare’y (na szczęście nie przesadzono z tym motywem, przez co niemal zawsze jest zaskakujący) i niezwykle sugestywna oprawa, która nadaje grze mrocznego i brudnego charakteru.

resident_evil_7_biohazard_20170131165047_01

Twórcy postawili na bardzo realistyczny styl graficzny, a ilość szczegółów w poszczególnych lokacjach potrafi przyprawić o oczopląs. RE 7 wygląda zaskakująco dobrze, w czym pomogła przesiadka na nowy silnik (RE Engine) i co prawda po dokładniejszych oględzinach z łatwością dostrzeżemy gorszej jakości tekstury, ale twórcy umiejętnie chowają wszelkie niedostatki grą cieni i oświetlenia. Poza tym, warto podkreślić, że tytuł ten chodzi na konsolach w 60 kl./s, co wynika zapewne z faktu, że gra wspiera także gogle PlayStation VR - nie miałem wprawdzie okazji przetestować jej w takim wydaniu, ale wcale nie żałuję :)

Niezwykle istotne znaczenie odgrywa tu także udźwiękowienie, w tym profesjonalny dubbing, dźwięki otoczenia, które potrafią przyprawić o gęsią skórkę czy minimalistyczna, ale klimatyczna muzyka - w tym zakresie autorzy wywiązali się z powierzonego im zadania w 100%.

Podsumowując, Resident Evil 7: Biohazard to chyba najlepsze, co mogło się przydarzyć tej podupadającej serii i liczę na to, że odpowiednio wysoka sprzedaż tego tytułu (pierwsze sygnały sugerują bardzo dobre wyniki) sprawi, że otrzymamy kolejne części utrzymane w tej konwencji. Zdaję sobie oczywiście sprawę z faktu, że gra mogłaby być zupełnie niezależnym od tej popularnej serii tworem i nadal bardzo dobrze by się broniła, ale wbrew pozorom RE 7 ma więcej wspólnego z pierwszymi odsłonami niż to, co Capcom wyczyniał w ostatnich częściach. Przede wszystkim wróciła do gatunkowych korzeni i ponownie straszy, praktycznie nieustanie podnosząc nam ciśnienie. I chociaż jest to tzw. tytuł na raz i po ukończeniu gry raczej do niego nie wrócimy (tym bardziej szkoda, że wyższy poziom trudności odblokuje się dopiero po jednorazowym przejściu gry), to fakt, że bardzo ostrożnie stawiamy swoje kroki, sprawia, że gra starczy nam na 10-12 godzin, co jest naprawdę dobrym wynikiem. Resident Evil 7 dla fanów gatunku jest więc obowiązkową pozycją, a inni także powinni mieć ten tytuł na uwadze.  

Nasza ocena: 8,5/10

+ sugestywna oprawa graficzna
+ prosta, nieprzekombinowana historia
+ starcia z poszczególnymi członkami rodziny Bakerów
+ atmosfera ciągłego zagrożenia
+ klimatyczne udźwiękowienie
+ suvival-horror z prawdziwego zdarzenia
+ design poziomów
 
- w oczy rzucają się tekstury w niskiej rozdzielczości
- zbyt proste zagadki
- podstawowi przeciwnicy nie należą do najbystrzejszych

 

Autor: Daniel Górecki/FrazPC.pl

archiwum newsów

2017-02-01

Podobał ci się ten tekst?

Średnia: 1

Komentarze:

Brak komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Zarejestruj się jeśli nie masz jeszcze konta.