The Flame in the Flood - recenzja

Własne

The Flame in the Flood to kolejny dowód na to, że nie tylko produkcje AAA są w stanie przykuć nas do konsoli czy komputera na długie godziny.

A mowa oczywiście o najnowszej grze studia The Molasses Flood, które nie ma jeszcze na koncie żadnej innej gry, ale …

... współtworzą je prawdziwi weterani branży gier wideo, mający w swoim portfolio takie wielkie hity, jak Bioshock, Halo Guitar Hero czy Rock Band.

Sami nazywają się zresztą „uchodźcami” z koncernów AAA, którzy postanowili zadziałać na własną rękę i stworzyć coś mniejszego, niezależnego i urzekającego czymś więcej niż tylko ogromne pieniądze wydawcy. W taki właśnie sposób powstało The Flame in the Flood, czyli postapokaliptyczny symulator … tratwy. No dobra, oczywiście trochę sobie żartuję, bo tak naprawdę mamy do czynienia z grą typu survival, która przetestuje nasze zdolności przetrwania w naprawdę niesprzyjających warunkach.

Własne

 

Zacznijmy jednak od początku, czyli głównej bohaterki – w grze wcielimy się w postać Scout, czyli młodej dziewczyny, o której nie wiemy kompletnie nic. No może poza tym, że ma przy sobie psa imieniem Aesop, plecak z nadajnikiem radiowym i musi dotrzeć do źródła sygnału, żeby dowiedzieć się, co się wokół niej dzieje. A że cała okolica jest zalana, to jej jedynym środkiem transportu jest tratwa, na której przewozi cały dobytek i dzięki której jest w stanie odwiedzać kolejne lokacje, by znaleźć przedmioty niezbędne do przeżycia.

I tu dochodzimy do momentu, w którym należy wyjaśnić jak będzie wyglądać nasza rozgrywka, bo jak się zapewne już domyślacie, dzieli się ona na dwie zasadnicze części. Pierwsza to przemieszczanie się za pomocą tratwy po wodzie, która nie zawsze jest spokojna, a do tego pełno w niej przeszkód – to zdecydowanie zręcznościowy element i choć na pierwszy rzut oka wydaje się prosty, to gra szybko weryfikuje nasze podejście. Sterowanie wymaga skupienia i uwagi, bo nasza tratwa ma ograniczoną wytrzymałość i po kilku większych „stłuczkach” po prostu tonie i chyba nie muszę już pisać, co się wtedy z nami dzieje? Zresztą do tematu śmierci jeszcze wrócimy, bo twórcy przewidzieli dla niego specjalne miejsce w swojej produkcji. Warto jeszcze wspomnieć, że z biegiem czasu będziemy mogli nieco „odpicować naszą brykę”, wzmacniając jej konstrukcję, rozwijając możliwości czy nawet montując jej silnik.

Własne

 

Drugim elementem rozgrywki jest zaś eksploracja miejsc, do których dopłyniemy swoją tratwą – od razu zaznaczę, że nie możemy odwiedzić wszystkich widocznych na ekranie obszarów, bo nurt rzeki wymusza na nas wybory i lepiej, żeby te byłe mądre (możemy więc naprawić tratwę, ale wtedy nie dobijemy do miejsca, gdzie można znaleźć lekarstwa). Tak czy inaczej, kiedy tylko postawimy stopy na lądzie, rozpoczyna się poszukiwanie wszystkiego, co może się nam przydać w dalszej podróży i co pomoże nam … przeżyć do kolejnego dnia. Zbieramy więc wszelkie możliwe zioła, z których wykonujemy napary, patyczki do wykonania pułapek, kamienie do zrobienia prymitywnej broni czy pożywienie, bo przecież nasza bohaterka musi coś jeść.

Zresztą musi zdecydowanie więcej, bo od samego początku są z nami 4 podstawowe statystyki, których poziomu lepiej pilnować – jedzenie, picie, temperatura i sen. Grę zaczynamy oczywiście z ich maksymalnym poziomem, ale te szybko zaczynają spadać, osłabiając Scout i wymuszając na nas konkretne działania. Przyznam szczerze, że w czasie swojego pierwszego podejścia nie zwracałam na nie aż takiej uwagi, co szybko skończyło się … pierwszą śmiercią, bo okazało się, że w „sprzyjających” warunkach wskaźniki spadają do 0 w błyskawicznym tempie (wystarczy jeden, żeby zabić bohaterkę).

Własne

 

Z każdą kolejną próbą wiedziałam jednak coraz więcej i szło mi coraz lepiej, chociaż i tak trzeba się nastawić na to, że ginąć będziemy na potęgę. Jak bowiem wspomniałam wcześniej, ta gra wręcz kręci się wokół śmierci, która może przyjść do nas dosłownie na sto różnych sposobów. Nie wierzycie? No to co powiecie na to, że udało mi się utonąć, zamarznąć, umrzeć z głodu, odwodnienia i braku snu, na skutek zagryzienia przez wilki, połamania kości przez dzika czy zakażania rany, której nie zdołałam wcześniej zaszyć, bo nie miałam do tego narzędzi (to z pewnością jeszcze nie wszystko, ale więcej w tej chwili nie jestem w stanie sobie przypomnieć).

I wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Czasami doskonale wiemy, co musimy zrobić, żeby przeżyć, ale przez wiele dni nie jesteśmy w stanie znaleźć odpowiednich przedmiotów – podczas jednego z podejść musiałam z okropnym poczuciem bezsilności patrzeć na pogarszającą się kondycję mojej bohaterki, bo za nic w świecie nie mogłam znaleźć ani penicyliny, ani odpadków pozwalających mi na samodzielnie jej wykonanie. I nie miało już wtedy znaczenia, że byłam świetnie wyposażona we wszystkie inne niezbędne do przeżycia przedmioty, miałam ulepszoną tratwę i potrafiłam świetnie radzić sobie nawet z trudnymi przeciwnikami, jak np. wilki - brakowało jednego konkretnego i już wiedziałam, że będzie po mnie.

Własne

 

Na szczęście jest coś, co możemy zrobić w momencie, kiedy wiemy, że tym razem nie dojdziemy już za daleko – pamiętacie jeszcze o towarzyszącym nam psie? To świetnie, bo jego „plecak” jest dla nasz szczególnie ważny, ponieważ po śmierci nie tracimy przedmiotów w nim umieszczonych, w odróżnieniu od tych z naszego ekwipunku czy tratwy. Z czasem uczymy się więc trzymać w nim prawdziwe niezbędniki przetrwania, czyli słoik z wodą, coś do jedzenia, penicylinę, bandaże, środki odkażające czy zestaw do szycia ran, bo następnym razem możemy nie mieć tyle szczęścia i ich po prostu nie znajdziemy.

I naprawdę warto o tym pamiętać, bo w grze nie znajdziemy też klasycznego systemu save’ów i jeśli nie uda nam się dopłynąć naprawdę daleko, to możemy zapomnieć o jakichś checkpointach umożliwiających nam kontynuowanie zabawy od konkretnego punktu (zresztą po wyłączeniu gry te i tak nie działają). Prawdziwy survival, prawda? No niby tak, ale osobiście nie przypadło mi to do gustu, bo w dzisiejszych czasach najczęściej nie mamy wielu godzin do spędzenia przed konsolą i dobrze byłoby mieć możliwość wczytania gry od konkretnego punktu zamiast zaczynania jej od początku.

Własne

 

No dobra, a jak wypadają przy tym kwestie techniczne – gra wygląda naprawdę ładnie i ma bardzo przyjemną oprawę dźwiękową, szczególnie jak na produkcję niezależną. Zdarzają się jej wprawdzie drobne błędy, jak znikające „podpowiedzi” przycisków czy lewitowanie psa zamiast biegania, ale na szczęście nie trafiają się one zbyt często i nie są mocno irytujące. Niestety nie można powiedzieć tego samego o oglądanych przez całą grę lokacjach, a konkretniej o ich powtarzalności, bo te są po prostu klonami – tak samo wygląda każdy las, każda stacja „warsztatowa”, teren przykościelny czy placówka medyczna. A biorąc pod uwagę, że gramy długo, bo bardzo często giniemy, eksploracja szybko przestaje zaskakiwać i zaczyna wręcz nudzić - tym bardziej, że fabuła rozmywa się nam gdzieś po drodze, kompletnie przestając mieć jakieś znaczenie.

Podsumowujac, The Flame in the Flood miało być nowatorskim podejściem do tematu gier survivalowych, a wyszło … jak zwykle. To znaczy, że mamy do czynienia z bardzo przyjemną produkcją, która jednak nie wnosi zbyt wiele nowego do swojego gatunku, racząc nas starymi sprawdzonymi sposobami i podając je w całkiem kolorowym i urokliwym jak na postapokalipsę wydaniu. Nie zrozumcie mnie źle, spędziłam z tym tytułem długie godziny, bo szybko pojawił się syndrom „spróbuję jeszcze tylko raz” i świetnie się przy nim bawiłam, ale mam też świadomość jego wad – na szczęście przy cenie w okolicach 60 zł niewiele ryzykujecie, więc możecie przekonać się o tym na własnej skórze.

Własne

 

Autor: Karolina Majchrzak

archiwum newsów

2017-02-18

Podobał ci się ten tekst?

Średnia: 2

Komentarze:

Brak komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Zarejestruj się jeśli nie masz jeszcze konta.