The Last Guardian - recenzja

playstation.com

Pod koniec tego roku mieliśmy do czynienia z dość nietypową sytuacją, czyli premierą aż dwóch dużych gier, nad którymi pracowano ok. 10 lat.

Pierwszą z nich jest oczywiście Final Fantasy XV, a drugą nieco mniej wyczekiwany i bardziej niszowy The Last Guardian od niezwykle cenionego za swoje poprzednie dzieła Fumito Uedy.

Oba tytuły łączy nie tylko japońskie pochodzenie, ale i fakt, że pierwotnie przygotowywano je z myślą o poprzedniej generacji konsol.

A że doświadczenie raczej przyzwyczaiło nas do tego, że za bardzo rozwlekany w czasie proces tworzenia gier nie wróży nic dobrego - wystarczy wspomnieć choćby Duke Nukem Forever czy Too Human - to mieliśmy tu pewne obawy. Na szczęście Final Fantasy XV okazało się być naprawdę solidnym przedstawicielem swojego gatunku, który spełnił oczekiwania fanów, a The Last Guardian … no właśnie, jak sytuacja ma się w tym przypadku?

the_last_guardian_20161207181825

Przyznaję bez bicia, że chociaż początkowo nie mogłem się doczekać tego tytułu, to w końcu postawiłem na nim krzyżyk, ponieważ po pierwotnych zapowiedziach gra zniknęła z horyzontu na długie miesiące, by wypłynąć po dłuższym czasie w praktycznie tej samej formie. Co więcej, zdawało się, iż autorzy nieustannie prezentują jeden fragment gry i nie robią żadnych postępów, przez co gra zaczęła wyglądać archaicznie. Gdzieś tliła się jednak nadzieja wynikająca z zaufania do talentu Uedy, który jeszcze na PS2 zachwycał Ico oraz genialnym Shadow of the Colossus, czyli jedną z najlepszych i najbardziej oryginalnych produkcji tamtej generacji. Niemniej ostatnie prezentacje The Last Guardian przy okazji różnych targów oraz liczne doniesienia o problemach technicznych, a także kolejne przełożenie premiery w ostatniej chwili sprawiały, że nikt nie oczekiwał fajerwerków. I wiecie co? Jak nie lubię przyznawać się do błędów, tak tym razem muszę oznajmić, że okazałem się człowiekiem małej wiary,  bo Fumito Ueda po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z największych artystów w tej branży.

the_last_guardian_20161208095806

Zacznijmy jednak od początku, czyli wyjaśnienia czym tak naprawdę jest The Last Guardian. Najłatwiej określić tę produkcję jako swoiste połączenie Ico oraz Shadow of the Colossus, bo ze swojej pierwszej gry Ueda zaczerpnął motyw współpracy/eskortowania gracza z postacią sterowaną przez sztuczną inteligencję, natomiast z drugiej „pożyczył” ogromnego stwora, po którym możemy się wspinać. Jak zapewne się domyślacie, w tym przypadku musimy połączyć siły ze stworem, co samo w sobie jest już bardzo oryginalne, tym bardziej, że ten nie należy do najbardziej potulnych i posłusznych, szczególnie na początku, kiedy jeszcze nie ma do nas zaufania. W zakresie mechaniki The Last Guardian to z kolei połączenie zręcznościowej platformówki z grą przygodową wypełnioną licznymi środowiskowymi łamigłówkami - mówimy tu więc o mało popularnych dziś gatunkach, co tylko potwierdza rodowód tej gry sięgający dwóch generacji wstecz.

the_last_guardian_20161209214814

 

Opowieść zaczyna się bardzo zagadkowo, ponieważ wcielamy się w postać małego chłopca, który budzi się w nieznanych mu ruinach cały pokryty tajemniczymi tatuażami. To jednak nie koniec jego problemów, ponieważ u jego boku leży ogromna bestia, która przypomina połączenie ptaka oraz kota (choć doszukiwać można się tu większej ilości skojarzeń, szczególnie w zakresie zachowania). Na szczęście potwór jest ranny, a do tego przykuty łańcuchem, przez co nie stanowi dla nas bezpośredniego zagrożenia. Szybko okazuje się jednak, że samodzielnie nie mamy żadnych szans na wydostanie się z potrzasku i musimy spróbować poskromić i oswoić Trico, bo tak nazywa się bestia. W ten sposób rodzi się najpiękniejsza przyjaźń i najbardziej emocjonalna więź na linii człowiek- zwierzę, jaką kiedykolwiek pokazano w grach wideo.

the_last_guardian_20161210162818

Wracając jeszcze na chwilę do warstwy fabularnej, musicie wiedzieć, że twórcy bardzo oszczędnie i subtelnie dawkują nam wszelkie informacje i o kluczowych aspektach dowiadujemy się dopiero pod koniec, choć wiele możemy domyślić się sami. Nie jest to jeszcze poziom Dark Souls, gdzie bez specjalnych opracowań trudno w ogóle połapać się w historii, ale takie podejście ma naprawdę dużo uroku i sprawia, iż jeszcze bardziej chcemy poznać ten magiczny świat. Poza tym, pomimo iż mamy tu do czynienia z dość prostą historią (przynajmniej na pierwszym planie), to nie zabraknie ciekawych zwrotów akcji oraz zaskakujących wydarzeń, ale przede wszystkim opowiedziano ją w niezwykle zręczny i ujmujący sposób, dostarczając nam mnóstwo wzruszeń.

A wszystko za sprawą swoistej chemii między bohaterami, którzy praktycznie przez całą podróż są skazani tylko na siebie. Trico początkowo podchodzi do chłopca z dużym dystansem, ale na swój sposób pojmuje, że bez jego pomocy także nie da sobie rady - co nie zmienia faktu, że daje nam odczuć, że jest to raczej współpraca z konieczności niż z sympatii, co przejawia się tym, iż trudno namówić go wykonywania naszych poleceń (np. by nas podsadzić czy przeskoczyć nad urwiskiem). Z czasem relacje te się zmieniają, nam zaczyna zależeć na losach bestii, co znajduje także odzwierciedlenie w jej zachowaniu i pod koniec przygody obaj bohaterowie są w stanie poświęcić dla siebie bardzo wiele, niejednokrotnie ratując swoje życie.

the_last_guardian_20161208100436

Co więcej, gryf, niczym typowy domowy czworonóg, domaga się od nas atencji, musimy go karmić i opatrywać czy uspokajać po walce głaszcząc po głowie. Tego typu szczegóły jeszcze bardziej zbliżają nas do siebie, a sporo przyjemności dostarcza nawet obserwowanie Trico, np. taplającego się w wodzie. Co istotne, bohaterowie zbliżają się do siebie nie za sprawą kolejnych scenek przerywnikowych, ale poprzez działania w ramach samej rozgrywki. Dobrym przykładem tego, jak umiejętnie twórcy budują więź gracza z ogromnym pupilem, jest fakt, że ten szybko zyskał ode mnie drugie, bardziej swojskie imię i mówiłem do niego jak do prawdziwego zwierzaka.

Ogromne brawa należą się tu przede wszystkim za sztuczną inteligencję napędzającą naszego towarzysza, dzięki której czujemy się tak jakbyśmy obcowali z prawdziwym stworzeniem. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż dużo tu skryptów, ale mimo wszystko robi to wrażenie i pozwala jeszcze lepiej zatopić się w świecie gry.

the_last_guardian_20161207194055

Bardzo mocnym punktem The Last Guardian są również zagadki, której stają nam na drodze. Musicie bowiem wiedzieć, że japońska produkcja stawia na minimalizm nie tylko w kreowaniu opowieści, ale i podejściu do rozgrywki, więc możecie zapomnieć o licznych podpowiedziach, oznaczonej ścieżce czy oczywistych rozwiązaniach oznaczonych wyraźnym podświetleniem obiektów, co jest zmorą współczesnych gier. W tym przypadku na wszystko musimy wpaść samodzielnie i niejednokrotnie przyjdzie nam pogłówkować w jaki sposób wydostać się z danej komnaty czy zrobić przejście dla Trico, który boi się np. witraży z wizerunkiem oka. Widać, że producent przyłożył się do tego elementu, przez co nie mamy odczucia nadmiernego eksploatowania tych samych rozwiązań i cały czas musimy kreatywnie wykorzystywać umiejętności dwójki bohaterów. Co jednak najważniejsze, zachowano tu stosowny umiar i łamigłówki nie przyprawiają nas o zawroty głowy i frustrację, a dostarczają mnóstwo satysfakcji.

Ba, twórcy w żaden sposób nie ułatwią nam zadania nawet w trakcie pojedynków z magicznymi zbrojami, jakie stają nam na drodze - początkowo wszystko zostawiałem w rękach Trico, jednak z czasem odkryłem, że możemy wspomóc naszego kompana wskakując na wrogów lub przewracając ich i dosłownie odrywając głowę od reszty (spokojnie, to tylko puste zbroje). Trudno nie docenić takiego rozwiązania, które sprawia, że im bardziej zaangażujemy się w grę, tym więcej z niej wyciągniemy.

the_last_guardian_20161210215625

 

Oczywiście nie można też zapomnieć o elementach platformowych, często z Trico w roli głównej, kiedy to na jego grzbiecie pokonujemy znaczne odległości. Tu pojawiają się jednak pierwsze i to dość duże zgrzyty, bo ile dotychczas tylko rozpływałem się nad produkcją Fumito Uedy, tak muszę w końcu zaznaczyć, że nie jest to tytuł pozbawiony wad. Największą z nich jest totalnie zepsute sterowanie, które jest nie tylko mało responsywne, ale i kompletnie nieintuicyjne. Czasem zmaganie się z bohaterem ma swój urok, co podkreśla jeszcze jego niezdarna animacja, ale częściej doprowadza do frustracji i odkładania pada na chwilę – na szczęście nigdy do tego stopnia, by zrezygnować z dalszej gry. Nie pomaga także kiepska praca kamery, która zamiast koncentrować się na najistotniejszych wydarzeniach potrafi pokazywać zupełnie niepotrzebne kadry, przez co mogą umknąć nam ciekawe smaczki. A najgorzej jest w momencie, kiedy te dwa problemy nakładają się na siebie, skutecznie utrudniając nam dotarcie do konkretnego miejsca.

Nie najlepiej z technicznego punktu widzenia prezentuje się również oprawa graficzna, bo od samego początku czuć, że jest to produkcja przygotowywana pod PS3. Co prawda twórcy próbują się ratować specyficznym „wyblakłym” filtrem czy rozmyciem, ale trudno nie dostrzec tu słabych tekstur czy problemów z fizyką i animacją chłopca. Mimo wszystko The Last Guardian  potrafi momentami urzekać swoją oprawą, a to za sprawą przepięknych projektów miejscówek, szczególnie otwartych przestrzeni, jakie dane jest nam zwiedzać. Kompleksy świątynne, kopalnie czy ogromne jaskinie są tu na porządku dziennym, ale pamiętajmy o tym, żeby delektować się nimi bez przyglądania się szczegółom :) Trzeba jednak zaznaczyć, że na tym przeciętnym tle mocno wyróżnia się Trico, który nie tylko prezentuje się bardzo dobrze, ale i jest bardzo naturalnie animowany.

the_last_guardian_20161210192743

Tym bardziej dziwią problemy z płynnością gry, która miała przecież działać na zdecydowanie słabszym sprzęcie. I o ile na moim PS4 Pro (przypominam, że gra dostępna jest wyłącznie na konsoli Sony) spadki były sporadyczne (zdarzyły się dosłownie trzy, ale duże spowolnienia), tak z licznych doniesień wynika, że sytuacja na tradycyjnej wersji PS4 wygląda zdecydowanie gorzej - miejmy nadzieję, że twórcy zdecydują się coś z tym zrobić. Z czystym sumieniem pochwalić mogę za to oprawę dźwiękową, zarówno klimatyczną oniryczną muzykę, jak i inne dźwięki, w tym te wydawane przez Trico.

Podsumowując, The Last Guardian jest dość niszowym produktem skierowanym do graczy, którzy szukają w grach czegoś więcej niż tylko dynamicznej rozrywki na krótką chwilę, bo w tym przypadku mówimy raczej o kilkunastogodzinnym przeżyciu, którego tempo jest zdecydowanie spokojniejsze. Otrzymujemy tu niezwykłą opowieść skoncentrowaną wokół dwójki bohaterów i ich wspólnym celu, gdzie nikt nie rozprasza nas niepotrzebnymi działaniami, jak zbieractwo nikomu niepotrzebnych znajdziek. Przygoda zwieńczona jest satysfakcjonującym finałem, który sprawia, że The Last Guardian na długo zapada w pamięć i budzi chęć wymiany wrażeń z innymi graczami. Oczywiście nie obyło się bez błędów i to dość dużego kalibru, ale te dotyczą strony technicznej i jeśli będziemy w stanie przymknąć na nie oko, to gra dostarczy nam mnóstwo niesamowitych wrażeń. 

Nasza ocena: 9/10*

+  piękna opowieść w intrygującym świecie
+ relacje pomiędzy bohaterami
+ ciekawie zaprojektowane łamigłówki
+ Trico niczym prawdziwe zwierzę
+ minimalizm w najlepszym wydaniu
+ design poziomów
+ gra stanowi wyzwanie
 
- frustrujące sterowanie i praca kamery
- oprawa zdradza swój „wiekowy” rodowód

* ocena głównie za wyjątkowość i magiczny klimat tej produkcji, które przesłaniają nawet największe niedoskonałości

 

Autor: Daniel Górecki

archiwum newsów

2016-12-23

Podobał ci się ten tekst?

Średnia: 2

Komentarze:

Brak komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Zarejestruj się jeśli nie masz jeszcze konta.